Tove Jansson SŁONECZNE MIASTO

Tove Jansson, Słoneczne miasto, przeł. Teresa Chłapowska, Justyna Czechowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017.

TAŃCZYCIE NA WŁASNE RYZYKO

Jak wszystkie książki Tove Jansson, które ukazały się dzięki Wydawnictwu Marginesy, tak i “Słoneczne miasto” prezentuje się przepięknie. Wdzięczna, wiosenna okładka w energetyzującym kolorze swego czasu zapewniła książce status królowej Instagrama. Kiedy wydaje się, że wszyscy coś czytają, to znaczy, że pewnie wszystkim się to podoba, więc trochę strach napisać o tym złe słowo. Mimo to i mimo mojego wielkiego uznania dla twórczości Tove Jansson, pozwolę sobie na odrobinę krytyki.

Tove Jansson

Poprzednio wydane przez Marginesy książki tej autorki – “Wiadomość” i “Córka rzeźbiarza” – to utwory w dużej mierze autobiograficzne, poświęcone losowi artysty. Autorka często też skupia się w nich na szczególnym okresie w życiu człowieka, jakim jest dzieciństwo. “Słoneczne miasto” i “Kamienne pole” (najnowsza książka składa się z dwóch powieści) są pod tym względem rewersem tych historii, bo traktują o starości.

Bohaterami “Słonecznego miasta” jest grupka emerytów, która spędza jesień życia w osobliwym pensjonacie na Florydzie. Kiedy przeczytałam gdzieś taką zapowiedź książki, od razu mnie zainteresowała i skojarzyła się z “Czarodziejską górą”. Pomysł na powieść o przemijaniu i samotności na przykładzie ludzi zamkniętych w sztucznym świecie jest świetny, ale w jego realizacji czegoś zabrakło. Inne opowieści Tove Jansson odznaczają się naturalnością i świeżością mimo niewyszukanej fabuły. W istnienie pensjonariuszy z Saint Petersburga trudno jest uwierzyć, a czytanie o ich rutynowych czynnościach i wydumanych charakterach po prostu nuży. Przede wszystkim postaci jest za dużo, żadnej z nich autorka nie poświęciła wystarczająco dużo uwagi, przez co i czytelnikowi trudno zaangażować się w ich niezbyt porywające losy. W powieści nie ma emocji, które mogłyby się nam udzielić, kolejne zdania, choć przyjemne dla oka, czyta się bez większego przejęcia. Granica między subtelnością a nijakością jest bardzo cienka, a “Słoneczne miasto” balansuje na niej jak niepewny linoskoczek.

Tove Jansson - Słoneczne miasto

“Kamienne pole” łączy się ze “Słonecznym miastem” tematycznie, ale stylem bardziej przypomina lepsze momenty twórczości Tove Jansson dla dorosłych. W tej niewielkiej powieści autorka przedstawia historię człowieka, który zmaga się z niemocą twórczą i demonami przeszłości, próbując napisać biografię niejakiego Igreka. Jonasz występuje w książce nie tylko jako artysta, ale też jako ojciec. Te dwie równorzędne role przywodzą na myśl ojca Tove, który był rzeźbiarzem. Może więc i w “Kamiennym polu” mamy do czynienia z elementami biografii, które tak dobrze autorce wychodzą? Książka traktuje o relacjach Jonasza z córkami i żoną, o rozliczaniu się z życiem i bolesnej świadomości, że czasu nie można cofnąć. Ta skromna powieść również nie zaskakuje fabułą, ale kreacja głównego bohatera jest na tyle autentyczna, że chce się czytać o jego zwykłym-niezwykłym życiu.

“Słoneczne miasto” warto było wydać dla uzupełnienia dorobku autorki w polskim przekładzie. Książka jednak nie wzbogaca portretu Tove Jansson jako pisarki. Nie chcę zniechęcać do przeczytania tej powieści, ale uprzejmie wskazuję napis z sali balowej pensjonatu na Florydzie – “Tańczycie na własne ryzyko”. Z pewnością wielu da się porwać delikatnym pląsom Tove Jansson, ale ja przez większą część tej imprezy podpierałam ściany.