Lina Wolff POLIGLOTYCZNI KOCHANKOWIE

Lina Wolff, Poliglotyczni kochankowie, przeł. Dominika Górecka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017.

EFEKTOWNA WYDMUSZKA

Do książek, które zdobywają prestiżowe nagrody literackie, podchodzę ostrożnie, ale z ciekawością – ostatecznie przecież za coś im te wyróżnienia przyznano. Podobnie było z powieścią „Poliglotyczni kochankowie” Liny Wolff, laureatki szwedzkiej Nagrody Augusta za 2016 rok. Zachęcały mnie obiecywane na skrzydełkach okładki nawiązania do Michela Houellebecqa i postmodernistyczny klimat, ale pretensjonalny tytuł nie zwiastował niczego dobrego. Cóż, tym razem intuicja mnie nie zawiodła.

Lina Wolff - Poliglotyczni kochankowie

źródło: szwedzkapolka

Zacznę jednak od tego, że „Poliglotyczni kochankowie” nie są złą książką. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim ciekawa, trójczłonowa konstrukcja, którą spaja maszynopis pewnej powieści. Książka składa się właściwie z trzech nowel opowiadanych przez innych bohaterów: szukającą miłości w internecie Ellinor, pisarza Maxa marzącego o kochance władającej wieloma językami i Lucrezię, której babka kupuje dzieło Prousta jako nośnik obietnicy awansu społecznego. Oprócz odkrywania powiązań między postaciami niewątpliwą przyjemność lektury zapewnia też śledzenie licznych aluzji literackich, zwłaszcza do wspomnianego Houellebecqa.

Za tą efektowną fasadą nie kryje się jednak nic więcej. W moim odczuciu Linie Wolff nie udało się powiedzieć niczego nowego na temat ponowoczesnej miłości, seksualności czy związków.  Nie potrafiłam też wczuć się w losy bohaterów, choć znalazłam w „Poliglotycznych kochankach” niejedno ładne, okrągłe zdanie, pod którym łatwo było się podpisać. Może właśnie w tym tkwi problem? W nieco zbyt wydumanych bohaterach wygłaszających przypisane im kwestie brzmiące jak echo dialogów z powieści, które już kiedyś czytałam?

„Poliglotyczni kochankowie” Liny Wolff to książka, co do której nie miałam wielkich oczekiwań, dlatego rozczarowanie nie było zbyt bolesne. Lektura powieści pozostawiła mnie jednak dość obojętną, a tego chyba najbardziej nie lubię w obcowaniu z literaturą. Na złą książkę można się przynajmniej podenerwować albo pokłócić o nią z jej fanem, a co czeka z mojej strony powieść kompletnie przeciętną? Obawiam się, że tylko zapomnienie.