Karl Ove Knausgård LATO

Karl Ove Knausgård, Lato. Z obrazami Anselma Kiefera, przeł. Milena Skoczko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

SZWEDZKIE “LATO”

Kolejną porę roku po malowniczo opisanej wiośnie Karl Ove Knausgård również spędza z rodziną w okolicach swojego domu w Glemmingebro. Na kartach „Lata” nie mogło więc zabraknąć Szwecji, a głównie słonecznej Skanii, którą autor zwiedza wraz ze starszymi z czworga dzieci. Do gustu przypadła u m.in. stara zabudowa Ystad i struktura miasta porównana do teatru, w którym port jest sceną, a domy fotelami dla publiczności. Ponownie pojawia się zamek Tosterup, gdzie w wakacje odpoczywał Tycho Brache. Karl Ove pisze też o Sandskogen, lesie posadzonym z inicjatywy samego Karola Linneusza w 1749 roku, który porasta drogę z Nybrostrand do Ystad.

Karl Ove Knausgård - Lato

Knausgård wspomina również dwóch szwedzkich autorów – Emanuela Swedenborga i Gunnara Ekelöfa, o których czytałam już m.in. w „Historii literatury szwedzkiej” Zenona Ciesielskiego. „Dziennik snów” Swedenborga, szwedzkiego mistyka, który także odwiedził Ystad, skłania Karla Ovego do refleksji nad swoim wnętrzem, które wydaje mu się jedynie miejscem, przez które przepływają uczucia i myśli, a nie stałym, niezmiennym i ukształtowanym „ja”. Ekelöfa, wielkiego indywidualistę XX wieku, nazywa zaś najbogatszym ze wszystkich skandynawskich poetów, zachwyca go surowość jego wierszy, a po lekturze jednego z nich głęboko rozmyśla o Bogu.

Nie samym zachwytem człowiek jednak żyje, a na pewno nie Knausgård, który sam mianuje się absolutnym, ponadprzeciętnym smutasem. Ponad wszelką wątpliwość humoru nie poprawiają mu Szwedzi, którym nie szczędzi cierpkich uwag. Według niego szwedzki sposób widzenia świata jest relatywistyczny i wykrętny, bezbarwny i obojętny. Również nie wszystkie szwedzkie krajobrazy wpływają na niego pozytywnie. Pierwszą kąpiel w Bałtyku koło Archipelagu Sztokholmskiego wspomina z rozczarowaniem z powodu… za mało słonej wody. Widok mostu nad Sundem, który zamyka „Lato”, wywołuje w nim dosyć ponurą wizję zagłady bliską tej z „Piosenki o końcu świata” Miłosza.

Każdą książkę z cyklu „Cztery pory roku” zaczynałam z nadzieją, a kończyłam rozczarowana, może za wyjątkiem „Wiosny”. Zrozumiałe, że formuła „Mojej walki” musiała się kiedyś wyczerpać i należało poszukać nowej. Krótkie formy zdecydowanie nie służą jednak Knausgårdowi. Najlepszy w „Lecie” jest „Dziennik”, w którym autor w typowy dla siebie sposób pisze o tym, co jest mu najbliższe. To w nim wymienia też datę 6 czerwca 2016 – Święto Narodowe Szwecji, które spędza jak niedzielę. Natomiast opisy ślimaków, biedronek, zraszaczy ogrodowych czy… krótkich spodenek, którym Knausgård poświęca osobne utwory, to dla mnie katastrofa. Wśród morza banałów da się wyłowić zaledwie kilka wartościowych cytatów, fragmentów eseistycznych czy ciekawostek związanych ze Szwecją. Przykro to pisać o jednym z moich ulubionych autorów, ale mam nadzieję, że Knausgård nie wymyśli piątej pory roku.