Karin Fahlén STOCKHOLM STORIES

Karin Fahlén, Stockholm stories, 2013.

ŻYCIOWE MIDSOMMAR

„Stockholm stories” to dość typowy obraz z rodzaju tych, w których splatają się ze sobą historie kilku osób. Amatorzy takich filmów dawno widzieli już „Magnolię” czy „Hawaje, Oslo”. Chociaż konstrukcja fabuły jest raczej przewidywalna, debiut reżyserski Karin Fahlén powinien przypaść do gustu miłośnikom skandynawskiego kina. Bohaterowie filmu to, oprócz listopadowego Sztokholmu, grupa zamkniętych w swoich światkach ludzi, nieprzystosowanych do otoczenia i emocjonalnie pogubionych. Czy nie tak w obiegowej opinii zwykło się postrzegać Szwedów w ogóle?

Johan (Martin Wallström)

źródło: cojestgrane.pl

Chyba jednak nie wszyscy Szwedzi wysyłają listy do nieznajomych czy szantażują pracowników sztokholmskiej energetyki. Te i inne ekscentryczne zachowania nieobce są osobliwym bohaterom „Stockholm stories”. Wśród nich jest m.in. Johan (Martin Wallström), początkujący literat o nieposkromionych ambicjach; Jessika (Cecilia Frode), która od marzeń o dziecku ucieka w pracę; Anna (Julia Ragnarsson) próbująca ułożyć sobie życie na nowo po trudnym rozstaniu i Douglas (Filip Berg) tłamszony przez despotycznego ojca. Sednem filmu są ich relacje z rodzicami, partnerami i z samymi sobą. Każdy jest postacią tak wyjątkową, że te związki potrafią być naprawdę skomplikowane. W losach wszystkich następuje moment przełomu, przesilenia, jakby w ich życiu zbliżało się Midsommar. Zakończenie, w którym dochodzi do splecenia poszczególnych historii, jest całkiem zgrabnie rozegrane. Choć nastrój filmu jest raczej refleksyjny, może nawet melancholijny, zmiany dokonujące się w życiu bohaterów okazują się bardzo pozytywne, zupełnie jak gdyby po ponurym listopadzie od razu przyszło lato.

Jessika (Cecilia Frode)

źródło: cojestgrane.pl

Z kadrów utrzymanych w stonowanej, chłodnej kolorystyce aż bije jednak osławiony „skandynawski klimat”. Dla mnie tworzą go przede wszystkim aktorzy i ich ekranowe wcielenia. Wspaniale było popatrzeć na kolejne ciekawe kreacje artystów, których znam już z ról w innych filmach i serialach. Szczególnie utkwiła mi w pamięci Julia Ragnarsson (którą poznałam w „Moście nad Sundem”, a niedawno wypatrzyłam też w jednym z odcinków „Wallandera” jako nastoletnią dziewczynkę), Filip Berg (młody Ove z nominowanego w tym roku do Oscara „Mężczyzny imieniem Ove”), i David Dencik (absolutnie fantastyczny we wszystkich filmach, w których go ostatnio widziałam: „Kochanek królowej”, „We Are the Best!”, „Hotel”, „Zabójcy bażantów”).

Anna (Julia Ragnarsson) i Douglas (Filip Berg)

źródło: cojestgrane.pl

„Stockholm stories” kojarzą mi się też trochę z kinem czeskim, zwłaszcza z filmami Petra Zelenki: „Samotni” i „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”. Szaleństwo Szwedów jest jednak dużo bardziej zwyczajne niż Czechów, choć w „Stockholm stories” nie brakuje elementów absurdu i czarnego humoru. To także one tworzą specyficzny klimat filmu, który po prostu dobrze się ogląda. Subtelny, nastrojowy, ale i miejscami zabawny portret zagubionych sztokholmczyków zapewni ciekawy seans zarówno w Midsommar, jak i w mroczny, jesienny wieczór.