Elise Karlsson „LINIA”

Na brak książek i artykułów o pracy w korporacji nie można narzekać. Trudno jednak o ciekawe, a jednocześnie głębokie ujęcie tego tematu w powieści. Czy „Linia” Elise Karlsson przełamuje ten trend?

 

Elise Karlsson Linia

źródło: szwedzkapolka

 

Prosta

 

Emma to młoda singielka, która po długich poszukiwaniach znajduje pracę w dużej firmie. To wydawnictwo, które – cóż za ironia – specjalizuje się w poradnikach. Emma bowiem nie bardzo wie, jak żyć, ale nowa firma chętnie jej podpowie. Zabierze na lunch, imprezę, wyjazd integracyjny. Poradzi, jak zarządzać czasem, ale i jak rozwiązać problemy z dzieciństwa. Wszystko po to, by mogła się stać lepszym pracownikiem, a może i lepszym człowiekiem.

To wszystko wciąga Emmę jak studnia bez dna. A kiedy zapał do nowego miejsca i obowiązków trochę mija, widmo nadciągającej pustki zapełnia miłością. Oczywiście – kolejny banał – do kolegi z pracy. Tym sposobem praca staje się całą treścią jej życia. Bez niej pewnie nie mielibyśmy o czym czytać, bo Emmy po prostu by nie było.

 

Półprosta

 

„Linia” to chyba jedna z tych książek, która wywołuje bardzo skrajny odbiór. Czytałam wiele opinii, których autorzy nazywają ją poruszającą czy przejmującą. Ja miałam problem z wczuciem się w emocje Emmy. Może przez to, jak bardzo sztampową jest postacią w korporacyjnym świecie widzianym oczami pisarzy. A może – jak bardzo pustą. Bardziej niż dojrzałą osobowość przypomina mi naczynie, przez które przepływają kolejne biurowe wydarzenia i fascynacje, firmowe zakazy i nakazy. A ona bezwolnie się im poddaje.

Trudno mi uwierzyć w to, że taka osoba mogłaby w ogóle istnieć. A jeśli nawet – jak wniknąć do jej sztucznego świata, w którym nie ma nic prócz pracy? Przewidywalna historia odmalowana przez Elise Karlsson niestety nie pozwoliła mi znaleźć tej drogi. Kim była Emma, zanim zaczęła pracę w wydawnictwie? Czym żyła i dlaczego to porzuciła, by zatracić się w czymś nowym? Tego się nie dowiadujemy. Poznajemy pewien odcinek jej życia, który może tylko wydaje się jego całością.

 

Elise Karlsson Linia

źródło: szwedzkapolka

 

Odcinek

 

Czy „Linia” jest chociaż ciekawa formalnie? Trochę tak i to dość przewrotnie, bo nie przez swoją zawartość, ale jej brak. Książka jest pełna niemal pustych kartek zapisanych tylko kilkoma zdaniami albo nawet jedną – nomen omen – linią. Niektóre wersy są naprawdę ładne, a okalające je światło pozwala zatrzymać się przy nich na dłużej. Najwięcej jest ich na początku, potem niestety giną w miałkiej fabule.

Intryguje choćby sam początek książki, która zaczyna się tak:

Być może trwa to kilka lat. Być może całe życie. Tyle jest miejsc, w których trwoni się czas (…)

 

Przyszło mi też na myśl, że te puste miejsca wokół tekstu można czytać jako metaforę wolności. Tak dla kontrastu ze światem bohaterki na własne życzenie zniewolonej przez pracę i wykreślonej z życia znajdującego się poza jej murami.

Oczywiście takie zabiegi to także nic odkrywczego, ale na tego typu sztuczki jestem akurat podatna. Całościowo jednak nie dałam się nabrać na „Linię”. Ciekawsze niż sama powieść jest chyba to, co po jej lekturze sami sobie dopowiemy o sensie pracy, jej wpływie na inne sfery życia i oddzielających je granicach, które łatwo mogą się stać niewidzialne. Jako przyczynek do takich refleksji „Linia” nawet się sprawdza, ale to niestety za mało, by uznać ją za wartościową książkę.

 

Elise Karlsson, Linia, przeł. Dominika Górecka, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2020.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pauza. Na Szwedzkiej półce znalazła się też inna powieść wydana jego nakładem – „O zmierzchu” Therese Bohman.