CO CZYTAM, KIEDY NIE CZYTAM O SZWECJI?

Za przestojem w tekstach na blogu wcale nie stoi lenistwo czy jesienna depresja. Jesień wpływa na mnie raczej pozytywnie, a na pewno na mój poziom czytelnictwa napędzany licznymi nowościami wydawniczymi. „Długie jesienne wieczory” trwają jednak niestety tyle samo, co wieczory letnie czy zimowe. Po prostu nie da się zdążyć ze wszystkim, zwłaszcza kiedy chce się sięgać też po starsze pozycje. A jest to już zupełnie niemożliwe, odkąd postanowiłam ponadrabiać również i nieszwedzkie zaległości. Zatem co czytam, kiedy nie czytam o Szwecji?

Zawsze starałam się być na bieżąco ze współczesną literaturą polską. W tym roku nie przeczytałam żadnej książki nominowanej do Nagrody Nike. Kiedy to sobie uświadomiłam, pomyślałam, że może czas skończyć z blogiem, który nałożył mi tak ciężkie klapki na oczy. Po namyśle doszłam do wniosku, że może wystarczy je tylko do połowy podnieść i czytać według nowego klucza: jedna książka szwedzka, następna – nieszwedzka. Po jaką lekturę z tej drugiej kategorii najchętniej bym sięgnęła?

Długi czas ważnym pisarzem był dla mnie Ignacy Karpowicz, a pisarką – Joanna Bator. Z niecierpliwością czekam na informacje o ich kolejnych książkach. Poza tym zwykłam próbować – z różnym skutkiem – innych polskich współczesnych autorów. Podobały mi się m.in. niektóre książki Huberta Klimko-Dobrzanieckiego i Szczepana Twardocha. Lubię też czytać Filipa Springera. Z książek niebeletrystycznych bardzo cenię dorobek Zygmunta Baumana.

Czasem ulegam literackim modom. Powszechny szał na reportaże udzielił się również mnie i uzbierałam m.in. całkiem pokaźną kolekcję serii wydawanej przez Wydawnictwo Czarne. Generalnie łatwo wpadam w pułapkę serii wydawniczych – jeśli zainteresuje mnie jeden tytuł, to jest duża szansa, że sięgnę po kolejne. W zeszłym roku zapadłam natomiast na „Ferrante fever”. Czterotomowy cykl powieści Eleny Ferrante zawładnął mną na kilka pięknych tygodni. Teraz czekam na wcześniejszą powieść włoskiej autorki, „Córka”, która po polsku ma się ukazać 18 października.

co czytam

 

Chyba nie zdziwi Was to, że oprócz Szwecji od dawna interesują mnie też inne kraje skandynawskie, o których chętnie czytam. Szwedzka półka, która jest wirtualnym bytem, w rzeczywistości występuje pod postacią „skandynawskiej półki”, a w zasadzie już dwóch. Panoszą się na nich głównie Norwegowie: honorowe miejsce zajmuje Karl Ove Knausgård, a tuż przy nim Lars Saabye Christensen. Spokojnie, zostało jeszcze trochę miejsca dla Szwedów.

Gdybym miała wskazać ulubionego pisarza, to starałabym się uniknąć tworzenia takiego rankingu. Przyparta do muru wybrałabym jednak Knausgårda. Parę lat temu byłby to Milan Kundera. A jeszcze wcześniej pewnie Erich Maria Remarque. Tak to jest, człowiek się zmienia, odkrywa nowe rzeczy i trudno mu odróżnić, które z nich są „na zawsze”, a które miną. Czasem obawiam się, że jednak naprawdę WSZYSTKO płynie.

Ktoś się kiedyś ze mnie podśmiewał, że lubię tylko grube książki. Miał trochę racji. Chociaż wiadomo, że nie można oceniać książki po okładce ani po objętości, to jednak te pokaźniejszych gabarytów zwykle bardziej do mnie trafiają i chyba zapamiętuję je na dłużej. Dlatego lubię „cegły”, a jeśli występują one jako części wielotomowego cyklu, to już w ogóle jest fantastycznie. Czytając książkę, która ma kilkaset albo i kilka tysięcy stron, lubię powoli i głęboko w nią wnikać. Z każdą stroną nabierać nieodpartego wrażenia, że autor pisze właśnie o mnie, choć opowiada o kimś zupełnie innym. Tego chyba  przede wszystkim szukam w literaturze.

Aubyn - Patrick Melrose

Dziś czytam pierwszą część cyklu „Patrick Melrose” Edwarda St Aubyna, którego ktoś polecił mi jako „angielskiego Knausgårda”. Rekomendacja była bardzo cenna, choć myślę, że Aubyna z Knausgårdem łączy tylko autobiografizm. Tematyka twórczości obu autorów jest zdominowana przez trudne relacje bohaterów z ich ojcami, ale ich style pisania bardzo się różnią. Aubyn jest dla mnie przede wszystkim ekstremalnie ironiczny. „Patrick Melrose” to okrutna, przerażająca, a przy tym znakomita książka, której nie chce się odkładać. Nie wiem, czy aby nie będzie to moja książka roku. Już czekam na jej drugi tom.

Na mnie czeka zaś jeszcze biografia Lema Wojciecha Orlińskiego (tak, z tej serii chcę też przeczytać „Gombrowicza”). Lemem zaczytywałam się jeszcze w liceum, po czym zostały mi niestety tylko dość mgliste, ale bardzo pozytywne wspomnienia. Liczę na to, że ta książka je przywoła.

To oczywiście duży skrót mojego czytelniczego życiorysu. Chętnie poczytam Wasze. W końcu przed nami „długie jesienne wieczory”, które na pewno nie pozwolą Szwedzkiej półce zginąć.